Menu

Bez chińskiej metki

Blog głównie o podróżowaniu, trochę o tym, jak lubię żyć oraz o tym, co jest ważne z mojego punktu widzenia

Sylwester w Niagara Falls i najkrótszy pokaz fajerwerków w historii

bezchinskiejmetki

IMG20190114WA00011

Moje refleksje na temat Kanady powinnam zacząć od Toronto, ale w Niagara Falls spędziliśmy więcej czasu i to miejsce od razu przypadło nam do gustu. Po pierwsze nie ma tu aż tylu bezdomnych i podejrzanych typów z ewidentnymi problemami psychicznymi (spacer w centrum Toronto stanowi prawdziwe wyzwanie, kiedy co kilka metrów natrafia się na bezdomnych śpiących na środku chodnika na kratkach wentylacyjnych). Poza tym kanadyjska komunikacja miejska słabo się sprawdza. W Niagara Falls sytuacja jest podobna, ale przynajmniej miejscowość jest na tyle mała, że wszędzie można dojść. Dodatkowo sam wodospad urzekł nas od razu i chociaż każdego dnia spacerują tam setki turystów można łatwo o tym zapomnieć oglądając światła na wodzie (gratulacje dla władz miasta za tak piękne podświetlenie wodospadu w nocy). Niagara Falls jest miasteczkiem turystycznym, nie ma co się oszukiwać, ale jest też na swój sposób swojskie i szybko można poczuć się jak w domu. Wystarczy też oddalić się kilka kilometrów od centrum, żeby znaleźć się na szlaku i poczuć się jak prawdziwy traper albo traperka.

IMG20190115WA0072

IMG20190115WA0055

 

Do Niagara Falls przyjechaliśmy dzień przed sylwestrem i praktycznie od razu pobiegliśmy do ośrodka przy wodospadzie, aby zrealizować nasz pakiet atrakcji związanych z wodospadem ufundowany przez moją mamę. Na miejscu dostaliśmy płaszcze przeciwdeszczowe, ale było już to zbyteczne – zanim doszliśmy do Table Rock Welcome Center zdążyliśmy przemoknąć do suchej nitki. Wodospad Niagara jest naprawdę piękny, ale niestety generuje dużo wilgoci, nawet kilka metrów od wody ma się wrażenie, że pada deszcz. Przejście na drugą stronę ulicy nie uchroni was przed zmoczeniem się. Właściwe jedyne „suche” opcje to spacer wzgórzem przy hotelach i jazda kolejką (oszałamiająca cena biletu – 3 dolary za maksymalnie 100 m jazdy rozklekotanym wagonem, nie upadliśmy tak nisko), albo przejazd turystyczną linią WEGO (przy zakupie pakietu atrakcji związanych z wodospadem z takich autobusów można korzystać przez dwa dni za darmo). Tak więc do centrum dotarliśmy przemoczeni i trzęsąc się z zimna spacerowaliśmy za wodospadem oraz obejrzeliśmy film (niby 4D) „Niagara’s Fury”. Sam film był interesujący, ale już efekty  jakoś nas nie powaliły – trochę sztucznej mgły, trochę kapania, jakieś wstrząsy. Ja osobiście nie potrafiłam wczuć się w sytuację. Jeśli chodzi o pozostałą część tego kompleksu, natraficie tam głównie na sklepy z pamiątkami z naprawdę wygórowanymi cenami. Co więcej, przy wejściu pracownicy zmuszają wchodzących do pozowania do zdjęć na tle zielonego ekranu. Potem dodają tło w postaci wodospadu i próbują skasować biednych turystów na 28 dolarów (za elektroniczną wersję zdjęcia, tyle kasy, a nawet nie dostaniecie wydruku). Choć nasze zdjęcie w beczce mknącej przez wodospad wyszło super, woleliśmy nie marnować pieniędzy i wyszło nam to na dobre. Trzy dni potem przed jakimś sklepem z pamiątkami kilka kilometrów od centrum natrafiliśmy na makietę z identyczną beczką. Wystarczyło się tylko dobrze ustawić i takie samo zdjęcie mieliśmy za darmoszkę.

IMG20190115WA0068

W ramach naszego gwiazdkowego pakietu mieliśmy wstęp do motylarni. Bałam się, że motyle będą mnie obrzydzać, ale okazały się bardzo przyjemne. Niestety, z naszej trójki upatrzyły sobie wyłącznie mojego brata – non stop siedział na nim jakiś motyl (z czego Andrzej wcale się nie cieszył). Pan z obsługi otworzył nam nawet pomieszczenie z motylami, które dopiero co wyszły z kokonu i schły (okazało się, że nowopowstałe motyle są mokre i muszą obeschnąć zanim zaczną latać). Po raz pierwszy też zobaczyłam jak te stworzonka jedzą. Ogólnie miejsce było magiczne, zwłaszcza kiedy nad głową lata cała chmara motyli. Ja jednak żyłam w strachu, że uszkodzę jakiegoś delikwenta, bo niektóre owady zamiast latać, albo chociaż przycupnąć na ścianie, wolały „spacerować” przy podłodze. Na szczęście żadnych ofiar nie było. Oprócz motylarni zwiedziliśmy też coś w stylu ogrodu botanicznego. Kwiaty były ładne, a aranżacje dopracowane, ale był to już nasz drugi park botaniczny w Kanadzie i oba miejsca nie różniły się znacznie.

IMG_20190101_124613

 

 IMG_20190102_195710

 

 Sylwester nie rozpieszczał nas pogodą. Cały czas lało i nie pomogły nam nawet słynne płaszcze przeciwdeszczowe. My jednak nie straciliśmy pogody ducha i o północy staliśmy w tłumie nad wodospadem Niagara. Fajerwerki zaczęły się o północy, ale trwały tak krótko, że nie zdążyłam nawet dobrze ustawić się do zdjęcia. Dwa dni później dowiedziałam się, że w Niagara Falls można podziwiać fajerwerki co piątek, dlatego nikt nie przykłada do tego tak wielkiej wagi. Czy byłam rozczarowana? Nie. Nie lubię sylwestra, bo czuję często, że to taki wymuszony okres podsumowań. W tym roku cieszyłam się tym, że jestem z wyjątkowym miejscu z wyjątkowymi ludźmi (plus otoczona tysiącem turystów, głównie z Indii). Andrzej twierdzi, że jaki Sylwester taki cały rok, co oznacza, że ja 2019 spędzę w Indiach (coś w tym jest, bo od razu po powrocie do Olsztyna udałam się do indyjskiej restauracji, swoją drogą polecam zawsze i wszędzie – restauracja nazywa się „Tandoor”). Kiedy dwa dni potem pytaliśmy w sklepie, jak podobał im się Sylwester dwie różne osoby powiedziały nam, że oglądali pokaz fajerwerków w Australii, bo u nich zawsze jest słabo. Muszę potwierdzić (dwa lata temu spędzałam Sylwestra w Australii) – Australijczycy świętują z większą pompą.

IMG_20190101_000013

W Niagara Falls robiliśmy też inne rzeczy. Przede wszystkim korzystaliśmy ze szlaków pieszych wzdłuż rzeki Niagara. Bliżej miasta spotkać można było dużo wędkarzy, każdy uzbrojony w czteropak piwa (nie byliśmy lepsi, my spacerowaliśmy z butelką wina, w Niagara Falls rozsmakowaliśmy się w kanadyjskich winach). Nie widzieliśmy, żeby ktoś coś złowił, ale picie szło wędkarzom sprawnie. Wielką nowością (przynajmniej dla nas) był system fotokomórek rejestrujących liczbę osób wchodzących na szlak, który umożliwia interwencję, jeśli ktoś zaginie. Wszystkie punkty na szlaku były wyposażone w specjalne chipy i ogólnie w porównaniu z oznaczeniami na polskich szlakach Kanadyjczycy wykazują się pełnym profesjonalizmem. Szlaków było kilka, nie wszystkie proste, bo czasem trzeba było chodzić po skałach, innym razem przeciskać się między głazami, ale nam to naprawdę pasowało. Oczywiście latem mielibyśmy większe pole do popisu. W styczniu już o 17 jest za ciemno, żeby wędrować. Myślę, że Kanada to dobre miejsce dla fanów trekkingu. Szlak po stronie amerykańskiej również prezentował się ciekawie, ale żadne z nas nie ma wizy do Stanów, a szkoda, bo z Niagara Falls można dojść do USA pieszo korzystając z mostu. Stany nie marzą mi się, aż tak bardzo, ale skoro byliśmy już tak blisko, trochę nas to frustrowało.

IMG_20190104_161430

 

 IMG_20190104_1620161

 IMG20190115WA00641

Jeśli chodzi o inne atrakcje Niagara Falls (przynajmniej centrum tego miasta) przypomina jedno ogromne wesołe miasteczko. Można odwiedzić gabinet figur woskowych, pograć na automatach, postrzelać do myszy, albo dać się przestraszyć (lub nie). Jeszcze przed wyjazdem kupiłam nam bilety do Domu Horrorów, który reklamował się jako najstraszniejsza atrakcja w Niagara Falls z 140 000 osób, które w trakcie przerwały zabawę, bo były zbyt przerażone. Nastawiliśmy się na prawdziwą grozę, Kapusta obejrzała dwa dokumenty o tym jak panować nas strachem. Ale koniec końców bardziej baliśmy się w domu nie wiedząc czy dopchamy się na czas do łazienki (na 7 osób mieliśmy do dyspozycji tylko jedną toaletę) niż w tym domu horrorów. Zadanie było proste – mieliśmy trzymać się siebie nawzajem i w kompletnych ciemnościach podążać za czerwoną kropką. Naszym największym stresem było znalezienie tej kropki. Czasem ktoś złapał nas za łydki, potrząsnął podłogą, poszczekały jakieś psy (na co krzyknęliśmy, że Maślak robi to lepiej), potem ściany zaczęły się ściskać a z sufitu poleciało coś na kształt wodorostów, ale naprawdę naszym jedynym stresem było, gdzie podziała się kropka. Do dziś zastanawiamy się kto należy do grona 140 000 osób, które poprosiły obsługę o pomoc i wyprowadzenie z tunelu. W gruncie rzeczy może nie zrezygnowali ze strachu, tylko też mieli problem ze znalezieniem słynnego czerwonego punktu.

IMG_20181230_200814_BURST001_COVER2

 

 IMG_20181230_200742_11

Przy okazji pobytu w Niagara Falls przekonałam się także jak łatwo można kogoś nietrafnie ocenić. Zawsze uważałam się za otwartą osobę, która nie ocenia po pozorach, a jednak okazało się, że nie tylko wyrabiam sobie opinię w oparciu o wygląd, ale też nie znam się na ludziach. Pod koniec naszego pobytu mój brat zgubił portfel i dokumenty. Zorientowaliśmy się po 4 godzinach spaceru i nie było szans, żebyśmy ustalili, w którym momencie do tego doszło. Zepsuło nam to nastrój, ale po powrocie do domu pani, która wynajmowała nam piętro zaproponowała nam, że zawiezie nas na policję. Nie robiliśmy sobie dużo nadziei, ale gdy tylko przekroczyliśmy progi komisariatu policjanta na służbie spojrzała na Andrzeja i krzyknęła „portfel”. Skakaliśmy, śmialiśmy się, była bardziej emocjonująca niż podczas Sylwestra. Kitty zaproponowała, że zawiezie nas do sklepu z alkoholami, żeby to uczcić (jesteśmy uzależnieni od kanadyjskiego wina). Pani z komisariatu dała nam imię i numer telefonu chłopaka, który przyniósł portfel. Najpierw szukał nas „na żywo”, potem na Facebooku (ale Andrzej używa fałszywego nazwiska), potem przeszedł 3 km na posterunek, żeby zostawić zgubę. Nic dziwnego, że bardzo chcieliśmy mu podziękować. Napisałam do Alexa, który zaproponował, żebyśmy skontaktowali się przez Facebooka lub Instagram. I tu zaczął się problem, bo pojawiły mi się profile 20 osób. Dzięki całej tej akcji poznałam wielu mężczyzn o tym samym imieniu i nazwisku, bo pisałam do każdego z osobna. Z listy od razu wykluczyłam umięśnionego nastolatka obwieszonego łańcuchami i w modnych czerwonych ciuchach. Pomyślałam, że taki raczej by nam zabrał portfel i nerkę niż w czymś pomógł. Oczywiście okazało się, że  to właśnie nasz Alex. Umówiliśmy się z nim w Timmies (nie wiedząc, że „Timmies” to skrót od nazwy sieci „Tim Hortons”). Chłopak okazał się przemiły. Planuje zostać policjantem, w każde wakacje pracuje w turystyce, a jego rodzice pochodzą z Argentyny, którą opuścili, aby dać dzieciom lepszy start. Zakochaliśmy się w tym dzieciaku. Przeraziły go niektóre nasze historie (zwłaszcza porady o tym jak ustawić auto, aby zatankować więcej – doświadczenie zdobyte w Kaliningradzie). O 22 jego mama zadzwoniła i kazała mu wracać do domu, ale nadal jesteśmy w kontakcie. Takie przygody przywracają wiarę w ludzką dobroć.

 

IMG20190115WA0056

Jeśli chodzi o mylne ocenianie ludzi na koniec muszę powiedzieć parę słów o Wenny, od której wynajmowaliśmy kwaterę numer 2.  Owa pani jest Koreanką i chociaż od 20 lat mieszka w Kanadzie nie dała się złamać – nadal nie mówi po angielsku. Żadne z nas nie było w stanie jej zrozumieć. Wenny się jednak nie zrażała, próbowała nas zagadywać, parę razy chyba nawet chciała nam coś polecić. W rezultacie żyliśmy w ciągłym strachu. Nikt nie chciał zejść do kuchni, obawiając się starcia z Koreanką. Dla świętego spokoju rozważaliśmy nawet naukę koreańskiego, żeby być w stanie jakoś się dogadać. W końcu nadszedł dzień wyjazdu. W naszych zapasach zalegało pudełko ptasiego mleczka, którego nie mieliśmy komu dać, a nie chciało nam się wieźć z powrotem do Polski. Postanowiliśmy więc zostawić je w naszym pokoju dla Wenny z karteczką „Dziękujemy!”. Wieczorem przeżyliśmy moment totalnego zaskoczenia. Wenny wysłała nam wiadomość (napisaną płynnych i jednocześnie bardzo poetyckim angielskim). Nasza Koreanka napisała, ze nie wie gdzie dziś śpimy, ale jej serce jest przy jej przyjaciołach z dalekiej krainy, a słodki dar, który przebył do niej pół świata wyciska łzy z jej oczu. Cała trójka poczuła się głupio, bo unikaliśmy kobiety przez trzy dni, a koniec końców otrzymaliśmy taką laurkę. Czego nauczyło nas Niagara Falls? Na pewno nauczyliśmy się, żeby nie oceniać zbyt szybko. I nie marnować kasy na domy strachów.

IMG20190115WA00721

Komentarze (3)

Dodaj komentarz
  • Gość: [leszek] *.dynamic.gprs.plus.pl

    Bardzo fajny artykuł i pomocny dla początkujących podróżników.Świat jest piękny i warty zwiedzania.

  • Gość: [kazimierz stefański] *.olsztyn.vectranet.pl

    Bardzo zwięzły i rzeczowy opis kilkudniowej wycieczki, a przy tym napisany ładną polszczyzną - co ostatnio jest rzadkością. Z tymi dokumentami to naprawdę wielki fart. "Argentyńczyk znaleziony przez Polaków w Kanadzie" dobre na tytuł prasowy. Poza tym artykuł wskazuje jak i gdzie odbywa się drenaż portfela przeciętnego turysty.

  • Gość: [Leosia] *.centertel.pl

    Widzę, że problemu bezdomnych nawet Canada, mlekiem i miodem płynąca
    ( powiedzenie z czasów mojej młodości), nie potrafi rozwiązać. Relacja z pobytu wielowątkowa, każdy czytelnik może w niej znaleść informacje przydatne podczas podróżowania.

© Bez chińskiej metki
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci